poniedziałek, 22 września 2008
Weekend trip
Weekendowa wycieczka upłynęła w atmosferze relaksu i zabawy. Duńczycy wykazali się dość dziwnym poczuciem humoru i poprzebierani w złote/srebrne legginsy, odblaskowe obcisłe gacie, workowate poliestrowe koszulki z lat 80-tych wyprawiali najdziwniejsze rzeczy i wymyślali najdziwniejsze gry. Piątek upłynął pod znakiem podróży autokarem, która jak dla mnie pod koniec stała się torturą, zresztą jak dla Marie siedzącej obok,bo Dania okazał się nie tak płaska jak mogłoby się wydawać. Potem był tradycyjny duński posiłek (wcale nie oczy łosia ;p) był to gulasz + ziemniaczana breja, a wszystko smakowało dużo lepiej niż wyglądało. Potem była impreza....dobra impreza, podczas której Yvonne pokazał mi najlepsze australijskie ruchy taneczne pt. na zraszacz, na wózek sklepowy, zbieranie gwiazdek, klasyczną wędkę i uniwersalny "na głupa". Okazało się też, że cichy i nieśmiały Thibaud zna sambę i salsę i całkiem nieźle radzi sobie na parkiecie, nawet mając kiepską partnerkę ;p. Na szczęście nie było tragedii i zapędy partnerki w kierunku ścian i podłogi za każdym razem zostawały szczęśliwie opanowywane :). Następnego dnia pobudka o 8 rano i mała gimnastyka łącznie z grupowym przytulaniem. Potem trochę idiotyczne gry pt. wygulgiwanie piosenki z ustami pełnymi wody, pingwini football (okulary z plastikowych kubeczków bez denek na gumkach ;p)- zresztą bardzo kontuzyjny sport, bo w wyniku niezauważenie przeciwnika wjechałam kolanem w jego kolano i było wielkie "auć" + siniak, picie piwa na czas itp. Moja drużyna średnio się spisywała, zakładam, że dlatego iż była zbyt liczna i trudno było się porozumieć...zwłaszcza z kolegą z przekłutymi sutkami (zakażenie chyba dotarło do mózgu), kolegą z Indii który bardzo dziwnie mówił po angielsku i koleżanką z Estonii, która upierała się żeby na wieczorne przedstawienie przebrać się za gąsiennice i pełzać po scenie w śpiworach (jako, że na wieczór mieliśmy przedstawić historię olimpiady w duńskim wydaniu). Potem był bardzo miły obiad i ciacho i tzw. czas niezorganizowany. Wybrałam się na długi spacer brzegiem morza po drodze wrzucając do wody meduzy wyrzucone na brzeg, pamiętając opowieść o rozgwiazdach wyrzuconych na brzeg po burzy...znalazłam tez bardzo dużo krabich skorupek chrzęszczących pod butami. Obawiam się, że ten spacer właśnie spowodował późniejszą katastrofę pod wieczór. Tuż przed przedstawieniem poczułam znajomy ucisk w mostku, który z czasem zamienił się w świdrujący i nieustępujący ból. Do tego doszło podziębienie i przeżyłam koszmarną noc pocąc się i jęcząc słuchając odgłosów świetnej imprezy. Nie umarłam chyba tylko dzięki Remiemu, który ze mną został i podawał na zmianę wodę, aspirynę, koc, kołdrę, odkrywał, przykrywał, robił ćwiczenia oddechowe i nad ranem czuł się pewnie jakby odebrał co najmniej bliźniaki ;p Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie... Do śniadania już byłam na tyle silna żeby wstać i pochłonąć tradycyjną duńską owsiankę :). Potem senna podróż autokarem do domu i odespanie nieprzespanej nocy. Niestety okazało się, że występuje ciąg dalszy problemów z internetem...ale to już inna historia :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz