http://picasaweb.google.com/
sobota, 27 września 2008
zdjęcia z weekend trip
zdjęcia nie moje ale i tak warto zerknąć :)
http://picasaweb.google.com/kerdaa/Weekendtrip1921092008 #
http://picasaweb.google.com/
poniedziałek, 22 września 2008
Weekend trip
Weekendowa wycieczka upłynęła w atmosferze relaksu i zabawy. Duńczycy wykazali się dość dziwnym poczuciem humoru i poprzebierani w złote/srebrne legginsy, odblaskowe obcisłe gacie, workowate poliestrowe koszulki z lat 80-tych wyprawiali najdziwniejsze rzeczy i wymyślali najdziwniejsze gry. Piątek upłynął pod znakiem podróży autokarem, która jak dla mnie pod koniec stała się torturą, zresztą jak dla Marie siedzącej obok,bo Dania okazał się nie tak płaska jak mogłoby się wydawać. Potem był tradycyjny duński posiłek (wcale nie oczy łosia ;p) był to gulasz + ziemniaczana breja, a wszystko smakowało dużo lepiej niż wyglądało. Potem była impreza....dobra impreza, podczas której Yvonne pokazał mi najlepsze australijskie ruchy taneczne pt. na zraszacz, na wózek sklepowy, zbieranie gwiazdek, klasyczną wędkę i uniwersalny "na głupa". Okazało się też, że cichy i nieśmiały Thibaud zna sambę i salsę i całkiem nieźle radzi sobie na parkiecie, nawet mając kiepską partnerkę ;p. Na szczęście nie było tragedii i zapędy partnerki w kierunku ścian i podłogi za każdym razem zostawały szczęśliwie opanowywane :). Następnego dnia pobudka o 8 rano i mała gimnastyka łącznie z grupowym przytulaniem. Potem trochę idiotyczne gry pt. wygulgiwanie piosenki z ustami pełnymi wody, pingwini football (okulary z plastikowych kubeczków bez denek na gumkach ;p)- zresztą bardzo kontuzyjny sport, bo w wyniku niezauważenie przeciwnika wjechałam kolanem w jego kolano i było wielkie "auć" + siniak, picie piwa na czas itp. Moja drużyna średnio się spisywała, zakładam, że dlatego iż była zbyt liczna i trudno było się porozumieć...zwłaszcza z kolegą z przekłutymi sutkami (zakażenie chyba dotarło do mózgu), kolegą z Indii który bardzo dziwnie mówił po angielsku i koleżanką z Estonii, która upierała się żeby na wieczorne przedstawienie przebrać się za gąsiennice i pełzać po scenie w śpiworach (jako, że na wieczór mieliśmy przedstawić historię olimpiady w duńskim wydaniu). Potem był bardzo miły obiad i ciacho i tzw. czas niezorganizowany. Wybrałam się na długi spacer brzegiem morza po drodze wrzucając do wody meduzy wyrzucone na brzeg, pamiętając opowieść o rozgwiazdach wyrzuconych na brzeg po burzy...znalazłam tez bardzo dużo krabich skorupek chrzęszczących pod butami. Obawiam się, że ten spacer właśnie spowodował późniejszą katastrofę pod wieczór. Tuż przed przedstawieniem poczułam znajomy ucisk w mostku, który z czasem zamienił się w świdrujący i nieustępujący ból. Do tego doszło podziębienie i przeżyłam koszmarną noc pocąc się i jęcząc słuchając odgłosów świetnej imprezy. Nie umarłam chyba tylko dzięki Remiemu, który ze mną został i podawał na zmianę wodę, aspirynę, koc, kołdrę, odkrywał, przykrywał, robił ćwiczenia oddechowe i nad ranem czuł się pewnie jakby odebrał co najmniej bliźniaki ;p Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie... Do śniadania już byłam na tyle silna żeby wstać i pochłonąć tradycyjną duńską owsiankę :). Potem senna podróż autokarem do domu i odespanie nieprzespanej nocy. Niestety okazało się, że występuje ciąg dalszy problemów z internetem...ale to już inna historia :)
środa, 17 września 2008
wieża
wieża
wieża
Wycieczka do Rundetaarn ( http://www.rundetaarn.dk/engelsk/intro.htm ) okazała się świetnym pomysłem na sobotnie południe. Krótki odpoczynek od pracy odbywany na wysokości 34,8 metra w kopenhaskim słońcu polecałabym wszystkim. Wieża, nie mająca schodów prowadzi ku panoramie miasta, które z góry wyglada jak labirynt po którego ścieżkach pędzą szaleni rowrzyści. Nastrój troszkę psuły rzesze turystów (oczywiście także z Polski...masowo), ale na szczęście panoramy nie mogli zasłonić :)
Tego dnia doknałam też wiekoponego zakupu czapki w której nie wyglądam idiotycznie...fakt godny zapisania w kronikach ;p
Tego dnia doknałam też wiekoponego zakupu czapki w której nie wyglądam idiotycznie...fakt godny zapisania w kronikach ;p
poniedziałek, 15 września 2008
nowy kolor
Kobieta zmienną jest...mając pół roku na zapuszczanie włosów, ponieważ obcięcie ich tu wiąże sie z kilkudniową głodówką po zapłaceniu rachunku, postanowiłam zmienić też lekko ich kolor. Na opakowaniu farby widniała uśmiechnięta pani z miedziano- czerwonymi włosami, co mnie skusiło do podjęcia decyzji o zakupie. Jako osoba mająca już pewne doświadczenie z farbowaniem włosów wiedziałam, że to co widać na zdjęciu nie zawsze pokrywa sie z prawdą...jednak tym razem rezultat zaskoczył nawet mnie...proszę o komentarze ;p przyjmuję tylko pozytywne ;p
sobota, 13 września 2008
wybrzeże
Okazało się, że dziesięć minut drogi od Tasingegade znajduje się port Svanemolle. Odkryłam go przypadkowo, wybierając się na przejażdżkę rowerową w nieznane mi do tej pory rejony (ach te emocje ;p). Mój szósty zmysł podpowiedział mi, że w pewnym momencie należy skręcić w prawo i jak widać słusznie. Po chwili moim oczom ukazało sie morze skrzące się w słońcu, statki, ludzie na deskach, mewy i inne typowo morskie widoki. Może to przeznaczenie...może powinnam wypłynąć na głębokie wody i porzucić życie szczura lądowego. Z drugiej strony w mieście położonym nad morzem nie jest chyba trudno znaleźć dojście do niego, więc dorabiam filozofię. ;p Na ścieżce do portu ustawione są ławki, więc z przyjemnością usiadłam na jednej z nich z książką i czytałam zerkając co jakis czas na falującą wodę i nieszczęsne chełbie masowo rozbijające sie o kamienie. Pomyślałam sobie wtedy, że życie w takich momentach bywa piękne w swej prostocie. Nic wiecej do szczęścia....
poniedziałek, 8 września 2008
cmentarz
W niedzielę, po sobotniej imprezie, postanowiłyśmy z Kasią poszukać cichego i spokojnego miejsca na spacer. Wybrałyśmy Assistens Kirkegard, czyli pobliski cmentarz na Norrebro, gdzie leży między innymi Andersen. Niestety jego grób został paskudnie pomazany, dlatego nie zamieszczę zdjęcia (zresztą nie wiem czy byłoby to stosowne). Tak samo miejce pochówku Bohra, co było dla mnie już dużym zaskoczeniem( komu mógł podpaść fizyk kwantowy??). Starałam się uchwycić atmosferę miejsca, które jest bardzo klimatyczne i odcięte od tętniącej życiem ulicy za murem. Jest to piękny, zadbany cmentarz, gdzie widziałyśmy wiele wiekowych nagrobków z lat 1800-1900 , stare drzewa przypominające artretycznie poskręcanych ludzi i długie alejeki otoczone tujami. Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi za złe zdjęć, ale chciałabym pokazać to ciekawe i niezywkłe miejsce.
wycieczka, industrial
łódkowa wycieczka
Nie..to nie historia łódki bols ;p Wspaniały Uniwerek Kopenhaski zafundował swoim exchange students bardzo miłą i ciekawą "boat trip". Rozkołysanym stateczkiem wyruszyliśmy kanałami: Inderhavnen, Trangraven i Erdkehlgraven. Trudno było uchwycić słowa przewodnika z powodu wrzasków podniecenia wydawanych z licznych gardeł hiszpańskich kolegów i koleżanek. Jego komentarze wydawały się jednak i tak mocno okrojone i niechętne, gdyż zapewne będący w naszym wieku koleś zdawał sobie sprawę, że studentów nie za bardzo interesuje historia XVI wiecznego rybołówstwa ;p Było dosyć zimno i częsty prysznic kanałową wodą potęgował uczucie chłodu. Zasadniczo jednak, wycieczka udana.
fight club
Tu mogę zrobić pranie jak i pobawić się z koleżankami i kolegami w zabawę znaną z pewnego filmu- miejsce idealne. Wpadałam na ten pomysł, spotykając na swojej drodze bardzo umięśnionego i wytatuowanego kolegę, który był niezwykle zawstydzony tym, że widzę jak wyciąga z pralki swoje majtki w słoniki...nie ruszyło mnie to specjalnie, w przeciwieństwie do drugiego spotkania kiedy wyciągał gatki w słoniki z suszarki już bez koszulki i w kusych majtkach, prężąc muskuły. Zastanawiałam się co zobaczę przy trzecim spotkaniu...W każdym razie pozdrawiam właścieciela fikuśnych majtek i zapraszam do przyszłego wiadomo czego(bo pierwsza zasada to o tym nie mówić) ;p
wtorek, 2 września 2008
Mrożąca krew w żyłach historia roweru, kierownicy, kebabu i siniaka...
Od razu ostrzegam, że osoby o słabszych nerwach powinny opuścić tą część opowieści o moim pobycie w Danii, jako że będzie ona dotyczyć mojego pierwszego wypadku rowerowego. Historia zaczyna się niewinnie.....
Pewnego pięknego, słonecznego dnia postanowiłam udać się do warsztatu rowerowego w celu podwyższenia kierownicy. Pomyślałam o tym ponieważ, większość jeżdżących tu na rowerach kobiet ma siodełko dość nisko a rączki kierownicy wysoko, zapewne aby uniknąć garba na starość. Jako, że garb mi niepotrzebny zaświtało mi, że takie ulepszenie nie będzie niczym trudnym do wykonania. Po udanej operacji wyruszyłam zieloną strzałą na uczelnię, potem na zakupy niezwykle zadowolona z nowej, wygodnej pozycji umożliwiającej podziwianie ulic, wystaw sklepowych (np. z materiałami w śmieszne zwierzątka...) czy przechodniów. Pod wieczór jechałyśmy z Kasią zaproszone na kolację do gościnnego Francuza- Remiego, śliczną trasą mijając stare kamienice i urokliwe uliczki. I tu nastąpił niespodziewany zwrot akcji...na skrzyżowaniu Lerso Parkalle z Haraldsgade moja kierownica obróciła się o 90 stopni co spowodowało następujący tok myśli: "hmm to dziwne, normalnie jest prosto", "dlaczego skręcam w lewo?", "chyba lepiej upaść na ziemię, niż wpaść pod samochód", " stanowczo lepiej", następnie jak pomyślałam tak zrobiłam i upadłam. Szybko się pozbierałam czując, że z kolanem jest coś nie tak, Kasi nie ma , a kierownica zdechła na amen. Stwierdziłam, że będę szła przed siebie, po pewnym czasie spotkałam mocno zdziwioną Kasię i po naradzie postanowiłyśmy jednak pojechać do Remiego, dzwoniąc do niego wcześniej, że troszkę się spóźnimy bo miałam mały wypadek i żartując czy nie ma bandaży, na co przerażony zapytał czy ma wzywać karetkę ;p. Po dłuższym marszu stwierdziłam, że bez sprawnego roweru nigdzie się nie przemieszczę po tym rowerowym mieście, więc wpadłam na pomysł, że skoro wszyscy tu dysponują rowerami to może też wszyscy mają narzędzia rowerowe. W trzecim sklepie gdzie pytałam o narzędzia rowerowe robiąc wielkie, słodkie oczy błagające o pomoc pan powiedział mi, że może w kebabie obok coś mają. Zdesperowana ( bo to weekend, w dodatku późno, więc na żaden warsztat nie mogłam liczyć) zapytałam w kebabie o narzędzia. Szeroko uśmiechnięty Pan Turek z wielkim nożem do mięsa w dłoni krzyknął coś do kuchni i po chwili wymiana bulgotania między kuchnią a ladą, powiedział :"no problem". Z kuchni wyszedł jego kolega z kompletem kluczy mówiący : "no inglisz, me car mechanik" też uśmiechnięty...Po kilku chwilach szarpania się z rowerem niezadowolony stwierdził, że to nie obręcz od kierownicy...i poszedł po: wiertarkę, więcej kluczy, śrubki, smar i inne rzeczy,a ja przerażona zastanawiałam się czy zabierać rower i palić wrotki póki jest jeszcze w jednym kawałku czy zamknąć oczy i liczyć na szczęście. Po wielu wkręcaniach i wykręcaniach różnych rzeczy, rozmowach po Turecku z kolegą zza lady , krzykach, lamentach i westchnięciach kochany Pan Turek oddał mi kierownicę mówiąc: OK, kolega zza lady też powiedział: OK i że kiedykolwiek będę miała problem mogę wpadać bo oni lubią takie rzeczy robić. Oszołomiona sukcesem fachowej naprawy roweru w kebabie ( prawie jak ocalona przez Monty Pythonowskiego mechanika rowerowego..powinnam go wezwać ;p) popędziłam ze stłuczonym kolanem na francuską kolację. Była pyszna....
Pewnego pięknego, słonecznego dnia postanowiłam udać się do warsztatu rowerowego w celu podwyższenia kierownicy. Pomyślałam o tym ponieważ, większość jeżdżących tu na rowerach kobiet ma siodełko dość nisko a rączki kierownicy wysoko, zapewne aby uniknąć garba na starość. Jako, że garb mi niepotrzebny zaświtało mi, że takie ulepszenie nie będzie niczym trudnym do wykonania. Po udanej operacji wyruszyłam zieloną strzałą na uczelnię, potem na zakupy niezwykle zadowolona z nowej, wygodnej pozycji umożliwiającej podziwianie ulic, wystaw sklepowych (np. z materiałami w śmieszne zwierzątka...) czy przechodniów. Pod wieczór jechałyśmy z Kasią zaproszone na kolację do gościnnego Francuza- Remiego, śliczną trasą mijając stare kamienice i urokliwe uliczki. I tu nastąpił niespodziewany zwrot akcji...na skrzyżowaniu Lerso Parkalle z Haraldsgade moja kierownica obróciła się o 90 stopni co spowodowało następujący tok myśli: "hmm to dziwne, normalnie jest prosto", "dlaczego skręcam w lewo?", "chyba lepiej upaść na ziemię, niż wpaść pod samochód", " stanowczo lepiej", następnie jak pomyślałam tak zrobiłam i upadłam. Szybko się pozbierałam czując, że z kolanem jest coś nie tak, Kasi nie ma , a kierownica zdechła na amen. Stwierdziłam, że będę szła przed siebie, po pewnym czasie spotkałam mocno zdziwioną Kasię i po naradzie postanowiłyśmy jednak pojechać do Remiego, dzwoniąc do niego wcześniej, że troszkę się spóźnimy bo miałam mały wypadek i żartując czy nie ma bandaży, na co przerażony zapytał czy ma wzywać karetkę ;p. Po dłuższym marszu stwierdziłam, że bez sprawnego roweru nigdzie się nie przemieszczę po tym rowerowym mieście, więc wpadłam na pomysł, że skoro wszyscy tu dysponują rowerami to może też wszyscy mają narzędzia rowerowe. W trzecim sklepie gdzie pytałam o narzędzia rowerowe robiąc wielkie, słodkie oczy błagające o pomoc pan powiedział mi, że może w kebabie obok coś mają. Zdesperowana ( bo to weekend, w dodatku późno, więc na żaden warsztat nie mogłam liczyć) zapytałam w kebabie o narzędzia. Szeroko uśmiechnięty Pan Turek z wielkim nożem do mięsa w dłoni krzyknął coś do kuchni i po chwili wymiana bulgotania między kuchnią a ladą, powiedział :"no problem". Z kuchni wyszedł jego kolega z kompletem kluczy mówiący : "no inglisz, me car mechanik" też uśmiechnięty...Po kilku chwilach szarpania się z rowerem niezadowolony stwierdził, że to nie obręcz od kierownicy...i poszedł po: wiertarkę, więcej kluczy, śrubki, smar i inne rzeczy,a ja przerażona zastanawiałam się czy zabierać rower i palić wrotki póki jest jeszcze w jednym kawałku czy zamknąć oczy i liczyć na szczęście. Po wielu wkręcaniach i wykręcaniach różnych rzeczy, rozmowach po Turecku z kolegą zza lady , krzykach, lamentach i westchnięciach kochany Pan Turek oddał mi kierownicę mówiąc: OK, kolega zza lady też powiedział: OK i że kiedykolwiek będę miała problem mogę wpadać bo oni lubią takie rzeczy robić. Oszołomiona sukcesem fachowej naprawy roweru w kebabie ( prawie jak ocalona przez Monty Pythonowskiego mechanika rowerowego..powinnam go wezwać ;p) popędziłam ze stłuczonym kolanem na francuską kolację. Była pyszna....
KONIEC
Subskrybuj:
Posty (Atom)