niedziela, 31 sierpnia 2008
kąpiel
pojazdy
postery ... śmieszne
grafitti
tuż przed brama do Christianii
Wczorajsza wycieczka na tak zwaną Christianię niestety nie zakończyła sie przyniesieniem do domu ogromnej ilości zdjęć, a dlaczego? Kto chce niech troszkę poczyta o historii tej dzielnicy i wtedy będzie to jasne (wszechwiedząca wikipedia- http://pl.wikipedia.org/wiki/Christiania_(dzielnica_Kopenhagi)). Generalnie czuję się trochę zawiedziona, ponieważ osławiona Christiania okazała się czymś na kształt małej, dość śmierdzącej, brudnej wioski starych hippisów. Do tego mnóstwo psów na wąskich, zakurzonych uliczkach, dzieci biegających i tarzających się w brudnym piasku. W porównaniu z Kopenhagą jaką do tej pory widziałam jest to dość nędzny widok. Miejsce, które miało być utopią jak dla mnie wygląda po prostu jak każdy typowy squat tylko trochę większy i mający większe pretensje. Chciałam dodać, że w tym utopijnym miejscu, gdzie pieniądze nie mają dla nikogo większego znaczenia srebrna bransoletka kosztuje 1500 DKK (myślałam że ją upuszczę jak usłyszałam cenę...)a np. lniana koszula 700 DKK...Poza tym było to jedyne miejsce gdzie co drugą spotkaną osobą byli Polacy. Byli polscy robotnicy szukający zioła i soczyście opowiadający o ofercie rynku, były ze trzy polskie rodziny z małymi dziećmi, które koniecznie chciały pogłaskać lekko zaskoczonego pitbulla wygrzewającego się na piasku w obroży z ćwiekami (był bardzo sympatyczny na szczęście i dzieci mają jeszcze rączki).Jedyną fajną sprawą był koncert reggae na świeżym powietrzu, ze sporą grupką szeroko uśmiechniętych ludzi tańczących przed sceną. Świeciło słońce, czas leniwie płyną i muzyka wypełniałą go swoim gęstym, uderzającym rytmem. Pomyślałam przez chwilę, że tak sobie trochę wyobrażam Jamajkę.
Po dość krótkim zwiedzaniu Christianii i z lekka ospała po nawdychaniu sie osobliwej atomsfery tego miejsca ruszyłam w stronę przystani. Po drodze postanowiłam uwiecznić graffiti bogato zdobiące mury okalające Christianię, a także porozlepiane wszędzie bardzo fantazyjne postery reklamujące liczne koncerty grup muzycznych wszelkiej maści....
Po dość krótkim zwiedzaniu Christianii i z lekka ospała po nawdychaniu sie osobliwej atomsfery tego miejsca ruszyłam w stronę przystani. Po drodze postanowiłam uwiecznić graffiti bogato zdobiące mury okalające Christianię, a także porozlepiane wszędzie bardzo fantazyjne postery reklamujące liczne koncerty grup muzycznych wszelkiej maści....
środa, 27 sierpnia 2008
Uniwersytet
Dziś na uniwerku odbyło sie spotkanie informacyjne. Nie byłoby w tym nic niezwykłego gdyby nie to,że połączono je z wykładem na temat
szoku kulturowego. Bardzo miła Dunka opowiadała o własnych doświadczeniach i aspekcie psychologicznym przebywania w zupełnie obcym otoczeniu. W życiu nie przypuszczałam, że coś takiego jak szok kulturowy mogłoby mnie dotyczyć, ale po chwili zorientowałam się, że faktycznie przechodzę fazy które opisywała. Od pierwszych chwil rozpaczy, poprzez dezorientację do powolnej stabilizacji i wybaczenia sobie, że nie wszystko muszę umieć i wiedzieć od razu. Och, gdyby tylko w naszym biurze zajmującym sie wymianą studencką byli tacy ludzie, cały ten Erasmus byłby od początku dużo ciekawszy i lepszy. Tutaj naprawdę mają świetne podejście do studenta- jest dla nich czującą, myślącą osobą, która ma imię i nazwisko a nie numer. Poza tym nie spotkałam się tu z niechęcią pracowników i nigdy nie czułam, że jestem dla kogoś wiiieeelkim problemem. Wszystko jest sprawnie i sympatycznie załatwiane, mówimy sobie po imieniu, a spotkania ze studentami polegają nie tylko na nudnym wyłożeniu niezbędnika, ale głównie na przekazaniu w ciekawy sposób wiedzy a potem na integracji włącznie z podaniem jedzenia, muzyką, grami towarzyskimi (zabawne... :) ), a nawet wypiciem piwa (no nie do pomyślenia, cóż za demoralizacja ;p). W końcu traktują mnie na uczelni z szacunkiem i jak dorosłego człowieka- chwała im za to!
Dodam,że 19-21.09 mamy wycieszczkę integracyjną na wybrzeże, także jeśli ktoś chciałby do mnie przyjechać akurat wtedy to może być mały problem. Natomiast nie ma problemu z zostawieniem kluczy gdyby ktoś chciał mieć darmowe mieszkanie na trzy dni w Kopenhadze :)
szoku kulturowego. Bardzo miła Dunka opowiadała o własnych doświadczeniach i aspekcie psychologicznym przebywania w zupełnie obcym otoczeniu. W życiu nie przypuszczałam, że coś takiego jak szok kulturowy mogłoby mnie dotyczyć, ale po chwili zorientowałam się, że faktycznie przechodzę fazy które opisywała. Od pierwszych chwil rozpaczy, poprzez dezorientację do powolnej stabilizacji i wybaczenia sobie, że nie wszystko muszę umieć i wiedzieć od razu. Och, gdyby tylko w naszym biurze zajmującym sie wymianą studencką byli tacy ludzie, cały ten Erasmus byłby od początku dużo ciekawszy i lepszy. Tutaj naprawdę mają świetne podejście do studenta- jest dla nich czującą, myślącą osobą, która ma imię i nazwisko a nie numer. Poza tym nie spotkałam się tu z niechęcią pracowników i nigdy nie czułam, że jestem dla kogoś wiiieeelkim problemem. Wszystko jest sprawnie i sympatycznie załatwiane, mówimy sobie po imieniu, a spotkania ze studentami polegają nie tylko na nudnym wyłożeniu niezbędnika, ale głównie na przekazaniu w ciekawy sposób wiedzy a potem na integracji włącznie z podaniem jedzenia, muzyką, grami towarzyskimi (zabawne... :) ), a nawet wypiciem piwa (no nie do pomyślenia, cóż za demoralizacja ;p). W końcu traktują mnie na uczelni z szacunkiem i jak dorosłego człowieka- chwała im za to!
Dodam,że 19-21.09 mamy wycieszczkę integracyjną na wybrzeże, także jeśli ktoś chciałby do mnie przyjechać akurat wtedy to może być mały problem. Natomiast nie ma problemu z zostawieniem kluczy gdyby ktoś chciał mieć darmowe mieszkanie na trzy dni w Kopenhadze :)
deszcz
Jedną ze wspanialszych rzeczy których można tutaj doświadczyć to jazda na rowerze podczas deszczu. Dzięki wodoodpornej kurtce (niestety spodnie juz takie nie są...) jest mi całkiem sucho i ciepło,ale kaptur zsunięty na oczy to nie najlepszy pomysł, więc jeżdżę z odkrytą głową rozkoszując się tym, że wiatr czesze moje włosy,a na skórze czując uderzenia kropelek ciepłej wody. Jest wspaniale, bo można bezkarnie moknąć, wjeżdżać w kałuże i patrzeć jak wszystko dookoła tonie w szarości i wodzie. Czuję sie wtedy trochę jakbym jechała przez wyludnione podwodne miasto. Kolory budynków stają się delikatnie pastelowe, ulice błyszczące a ludzie upodabniają sie do siebie nosząc bure, nieprzemakalne płaszcze. Ci którzy mogą zostają w domach, więc na jezdniach jest dużo puściej niż zazwyczaj i szerokie, gładkie drogi rowerowe czekają tylko aż popędzę nimi gdzie oczy poniosą. Poczucie wolności i przestrzeni w dużym mieście to naprawdę coś niespotykanego...
wtorek, 26 sierpnia 2008
pocztówki...
pocztówki...
Subskrybuj:
Posty (Atom)